menu MENU

Kronika

Pomozmy Frankowi praprawnukowi Franciszki Zimniak-Kucharskiej

Pomozmy Frankowi praprawnukowi Franciszki Zimniak-Kucharskiej
Przekaz prosze 1% swego podatku na pomoc Franciszkowi Majchrzakowi,praprawnukowi Franciszki Zimniak-Kucharskiej.To czlonek Naszej Rodziny.Nie pozwol by ten 1% zostal przekazyny przez rzadzacych na inne cele /np.na Toruñ/
W imieniu rodzicow malego Frania serdecznie dziekuje

1 / 12

Drzewo Rodziny Zimniak - I Zjazd Rodziny 21.07.2018

Drzewo Rodziny Zimniak - I Zjazd Rodziny 21.07.2018
Zadowoleni na Zjeździe

2 / 12

Klan Rodziny Zimniak

Szczepan w Rzadkowie, Deresz Elżbietę spotkał W sobie rozkochał i z nie pozostał Dzieci narobił teł co nie miara Bo cztery córy i synów chmara Pierwsza Franciszka co w Milczu mieszkała Za Kucharskiego Józka się dala Tełź sporo dzieci tam razem mieli Dwóch chłopaków dziewoje cztery One nazwiska zmieniły swoje I ich przybyło więcej jak dwoje Zielny, Dzioba i Górski choę i Kucharskich zostało bez liku Ale też inne nazwiska przybyły Jak Cysek, Wachowicz i Pufal Które się później jednak zmieniły Drugim był Józef w Dziembówku mieszkał 15 dzieci spłodzi tam nie omieszkał Trzy żony do grobu wsadził Siedmioro dzieci też zaraz po urodzeniu stracił Oprócz Zimniaków też inni przybyli jak Szyguła, Twardowski, Dziubiłński , Cybulski i Chmiel Dalej to Weckwerth, Górkiewicz i Lach Innych nie wspomnę bo czasu brak Trzecia Marianna co krótko żyła I w wieku 28 lat życie skończyła Panienkę była dzieci nie miała Iw Dziembowie pochowana została Czwarta Anastazja-Helena Taterkowi się oddała Z którym też sporo dzieci miała dwóch synów i trzy dziewczyny i one tez stany panieńskie zmieniły Powychodziły za Szudrowicza, Niedzielskiego a także i Krzywałńskiego Następnie zmieniły nazwiska rodu I nam przybyło łwidraków , łukasiewiczów Do naszego rodu Piętym był Andrzej serce w Helence zawojował Siedmioro dzieci mu dała chore pierwsze tylko roczek miała. Następnych też podzieliła równa na trzech synów i trzy dziewczyny, które nazwiska później zmieniły Bronek był szóstym z kolei synem Dwóch synów i córkę miał Lecz za Cesarza wojowie musiał I w bitwie pod Wąsewem zakończył swe życie. Siódmym Jan się okazał, który przed wojnę się Wyprowadzał. Zamieszkał z dala, bo aż w Berlinie Jednak nie po tej stronie co powinien. W nocy ulice mu przegrodzili. Od Honekera dostał przepustkę By mógł odwiedzie rodzinne strony Które zostawił w Dziembówku, Dziembowie Chodzieży w Ujściu, Poznaniu i Pile Także w Kaczorach, Milczu, Morzewie Miło wspominał przeżyte chwile Wszystkich uściskał i ucałował Zmarł w Ost Berlinie nie pozostawiając Nikogo swego na świecie, zmarł tam bezdzietnie. Samotnie, nie przy rodzinie Szczepan Zimniak Klan ten rozpoczął Chomę inne nazwiska się pojawiają Które przytoczy ja tutaj mogę Ale i po co Zobaczy to możesz sam Na mej stronie, bo w Internecie jest To stworzone wystarczy wpisać tylko Tę stronę www.zimniak.pl Mógłbym też fotki umieści w umieści mym Rodzinnym Drzewie Nie wszyscy jednak oblicza swe daję Chomę na Facebooku co chcę wklejają Roman Zimniak 29 kwietnia 2016.


3 / 12

Rodzina Franciszki, Pelagia, Mirosława, Michał

Rodzina Franciszki, Pelagia, Mirosława, Michał
w dniu 27 sierpnia 2015 roku Bydgoszczy urodziła się kolejna członkini naszego rodu Liliana Krzemkowska. Gratulacje dla rodziców i dużo zdrówka dla córeczki


4 / 12

Dziembówko

Dziembówko
Dziembówko dziś-z lotu ptaka

5 / 12

Metryka urodzenia Marianny Zimniak

Metryka urodzenia Marianny Zimniak
Nazwisko Zimniak występuje również w zmienionej pisowni, dzięki urzędnikom chodzieskim, którzy bezmyślnie spisywali z ksiąg niemieckich niemiecka pisownie naszego nazwiska.


6 / 12

Metryka urodzenia Andrzeja Zimniaka

Metryka urodzenia Andrzeja Zimniaka
Nazwisko Zimniak występuje również w zmienionej pisowni, dzięki urzędnikom chodzieskim, którzy bezmyślnie spisywali z ksiąg niemieckich niemiecka pisownie naszego nazwiska.


7 / 12

Metryka urodzenia Anastazji Zimniak

Metryka urodzenia Anastazji Zimniak
Nazwisko Zimniak występuje również w zmienionej pisowni, dzięki urzędnikom chodzieskim, którzy bezmyślnie spisywali z ksiąg niemieckich niemiecka pisownie naszego nazwiska.


8 / 12

Dziembówko

Dziembówko
Osada, powstała według przekazu ustnego ok. XVII wieku, kiedy to Holendrzy osuszali bagna nad Notecią. Jednak do większego znaczenia dochodzi wówczas, gdy Lebrecht Klitzing w roku 1871 założył hutę szkła nazwane od imienia swojej żony Gertraudenhutten. Hutę rozebrano w roku 1927. Pozostały jeszcze nieliczne zabudowania z tamtego okresu np. budynek, w którym mieści się przedszkole. W majątku wówczas prowadzono hodowlę bydła holenderskiego i owiec rasy majątku. Znaczącym wydarzeniem w życiu mieszkańców Dziembówka i Dziembowa było otwarcie nowej linii kolejowej z Piły do Poznania w roku 1879.

Wracając do Dziembowa w roku 1907 właścicielem majątku Dziembowo został Bogusław von Klitzing - starosta z Obornik.

Powierzchnia majątku liczy wówczas ok. 1790 ha, w tym 806 ha pól uprawnych, 127 ha łęk, 317 ha pastwisk, ponad 507 ha lasów i wiele nieużytków.

Dwór w Dziembowie mocno podupadł. Niestety, w roku 1975 został rozebrany i nie doczekał się historycznego opracowania.

Na zachowanym zdjęciu, wykonanym w latach 60. XX w. można sędzię, ił powstał on jeszcze w XVIII wieku, by może ok. roku 1770.

Do naszych czasów zachowała się oficyna dworska (dzisiaj przedszkole) i budynki, które pierwotnie miały by gorzelnię (dzisiaj mieszkania). Przed II wojnę światowe w Dziembowie funkcjonowały 3 młyny, 2 traki, 5 sklepów (3 kolonialne, 2 cześników, 1 piekarz), restauracja.


9 / 12

Wspomnienia Jenieckie z lat 1939 - 1945 Jana Zimniaka

Wspomnienia Jenieckie z lat 1939 - 1945 Jana Zimniaka
Wspomnienia Jeniecki
z lat 1939 - 1945
Jana Zimniaka
Spisane w m-ci listopadzie 1 9 7 2 roku w Poznaniu

I Mobilizacja

Dzień 24 sierpnia 1939 roku od godzin przedpołudniowych zapisał się nie tylko w mej pamięci szczególnymi wydarzeniami.

Udający się w tym dniu do pracy nie wszyscy zrazu zdawali sobie sprawę z ważkości wydarzeń jaki za kilka już godzin zaczną znaczyć nowy bieg dziejów dla naszej Ojczyzny,

ba! co najmniej całej nawet Europy.

Zatrudniony byłem w charakterze pracownika umysłowego w Oddz. Wojewódzkim ZUS w Poznaniu przy ul. Poznańskiej.

Prace w tym dniu rozpoczynaliśmy normalnie. Cześć Kolegów przebywała na urlopie poza Poznaniem.

Około godz. 9:30 dał się zauważyć niecodzienny ruch kolejowy.

Otóż z kierunku Szamotuł i Obornik zaczęły nadchodzić pociągi towarowe wiozące rezerwistów do jednostek wojskowych.

Oczywiście podziałało to na nas, ludzi młodych, mających poza sobą r również odbyta służbę wojskowa, bardzo żywo.

Na dociekanie czy domysły nie było zbyt dużo czasu, gdyż zaczęły już napływać imienne karty mobilizacyjne, doręczane przez Zony wzgl. bezpośrednio do Dyrekcji ZUS.

Nie było godziny, by któryś z kolegów ZUS-owoców nie opuszczał Zakładu, udając się do domu, by się spakować, pożegnać z pożegnać pożegnać mobilizacyjnej.

I tak np. Staremu Kumplowi Janowi Lisiakowi, przebywającemu na urlopie w Puszczykowie kartę kartę motocyklem koleżanka Ojcumiła Falkowska, która zdjęła Go z urlopu i przywiozła na swoim stalowym rumaku do Poznania, aby tylko jak najwcześniej mógł stanąć w swej jednostce wojskowej.

Poznania, zakłócony nikt już w tym dniu, tym dniu wykonywał.

tym dniu, to jednak tym dniu mobilizacje, która przyjęliśmy raczej jako rzecz gotowości bojowej mając nadzieje, że jakość to będzie i na pewno niedługo sytuacja się unormuje, bo się się w międzyczasie swoje.

W że do czasu opracowywałem plany amortyzacyjne amortyzacyjne amortyzacyjne z tytułu nieodprowadzonych w latach 19301936 składek od wypadków w rolnictwie, które to składki zostały zużyte na inne cele, np. Na akcje wyborcza, co miało miejsce w Świeciu n/ Wisła przez dość niesławnej pamięci Starostę Krawczyka.

Spłata takich zadłużeń obejmowała nieraz okres 35 lat, a więc winna była się zakończyć w latach 1973 1974. A więc w obecnych czasach. Czyż, to nie znamienne?

Wracając do pamiętnej mobilizacji w dniu 24 sierpnie 1939 r musze zaznaczyć, za karta powołania została mi doręczona do domu po godzinie 14-te j przez bezrobotnego, którego wraz zwinnymi poszukującymi prace zabrano z Urzędu Zatrudnienia na Wildzie /ul. Czarnieckiego/

zaznaczyć, zostały stanowiska wojskowe z karabinami maszynowymi.

zostały stanowiska Ubezpieczalni Społecznej, zostały stanowiska 12, co wyglądało wcale bojowo.

Prace zakończyliśmy o normalnym czasie.

Wobec zdekompletowanej komunikacji miejskiej, trasę od końcowego przystanku tramwajowego na Bródce /2-ka/ do domu na Warszawskim Osiedlu musiałem odbyć pieszo, bo kursujące na tym odcinku autobusy zostały również zmobilizowane.

Później wiec niż normalnie w dniu tym przybyłem na obiad,

gdzie czekała na, mnie już karta powołania. Oczywiście Zona zdążyła już przygotować prowiant na przygotować jednostka mobilizacyjna był 70 Pułk Piechoty w Pleszewie.

Po Pleszewie., omówieniu pewnych spraw i przebraniu się wyszliśmy z Zona na dworzec pieszo. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do Teściowej, mieszkała na Bródce, by się pożegnać z domownikami na krótki przecież czas. Tymczasem jakże to miało być inaczej.

Drogę na dworzec wypadło nam również przebyć pieszo, bo jak mogło być inaczej, zona szła zemną.

Z odjazdem nie było specjalnego kłopotu, bo pociągi w tym dniu były podstawiane do potrzeb chwili.

Tu na dworcu przeważają rezerwiści udający się w kierunku Pleszewa, Ostrowa, Kalisza.

Jest i serdeczny Kolega Stasiu Urbas, z którym odbywałem kiedyś służbę wojskowa w 58mym służbę towarzyszy mu również Zona. Serdecznie się witamy, zapoznajemy nasze młode małżonki, jako że przyjemniej będzie im wspólnie wracać do domu.

Niedługo nadchodzi czas odjazdu. Zegnamy się zatem z naszymi małżonkami na niedługie przecież do zobaczenia się, wsiadamy i pociąg rusza.

Pociąg przepełniony, gwarno i nawet wesoło, gdyż jak na takie spotkanie niejeden zdążył zaciągnąć się czymś mocniejszym.

Podróż do Stacji Kowalew k/Pleszewa przeszła niespodziewanie szybko, bo i śpiewania był niemało, na melodie wojenko, wojenko

Odcinek drogi z Kowalewa do Pleszewa cała rezerwa przeszła marszem po torze ciuchci pleszewskiej, bo piechurom nie wypadało czekać za Ciuchcia.

Tu zastała nas już noc. Ale cały Pleszew pełen był gwaru rezerwistów i wątpię, czy któryś z dorosłych Pleszewianki w ta noc spał.

Kadra sztabowców Pułku troiła się nad ujęciem tej żywej masy w rygory wojskowej dyscypliny. Co jakiś czas wywoływano poszczególne specjalności wojskowe, formując w ten sposób nowe jednostki.

Nad ranem udałem się jeszcze do miejscowego Urzędu Pocztowego by uzyskać połączenie telefoniczne z Cukrownia w Witaszycach, a konkretnie z moim kuzynem Antosiem H.

Przy okienkach z drugiej stron urzędują gimnazjaliści starszych klas.

Spotykam tutaj pewna skromnie ubrana panią nadająca telegram imieninowy do Wojewody Poznańskiego nadająca się okazało była to Siostra Wojewody, o ile mnie pamięć nie myli Maria.

Wkrótce udało mi się uzyskać przydział do Plutony łączności III Batalionu 70 P.P.

Pluton nasz umundurowany był w pewnym gospodarstwie w południowej części Pleszewa, gdzie pozostawał do 28 sierpnia.

W dniu tym w godzinnych wieczornych na szosie Ostrowskiej za Koszarami następuje koncentracja pułku w ekwipunku bojowym, a następnie wymarsz w szyku ubezpieczonym na Stawiszyn.

Batalion nasz został rozlokowany w miejscowości Blizanów

W okresie przygotowawczym obowiązywała oczywiście bierna obrona p/lotnicza.

W godzinach wieczornych korzystaliśmy z krótkofalówki, wysłuchując dzienników radiowych. Z dnia na dzień wiadomości te niosły coraz większy niepokój, aż nadszedł tragiczny dzień 1 września 1939 r.

Pierwsza informacje o nikczemnej, zdradzieckiej napaści Hitlera na nasz kraj do naszej jednostki tj. Plutony łączności dostarczył Kapelan Pułkowy, który obchodząc poszczególne kwatery oddziałów i drużyn udzielał jednocześnie absolucji warunkowej.

I tak oto w podstępny niewypowiedziany sposób wybuchła

II W o j n a

Następnego dnia tj. 2 września pułk przesunięty został poza Stawiszyn do m. Petryki i okolicy, a później jeszcze na następne miejsce postoju m. Ceków i okolice, zajmując tutaj stanowiska obronne w kierunku Kalisz.

Wiadomość o rozpoczęciu działań wojennych przyjęta została poważnie i u wszystkich wywołała chęć bezwzględnej obrony

Ojczyzny i jej Wolności, tym bardziej że tak bardzo

mieliśmy przecież liczyć na pomoc ZACHODU.

Około 4 września Pułk przeszedł pod dowództwo 25 D.P /gnieźnieńskiej/, gdy do tego czasu wchodził w skład 17 D.P. /kaliskiej pod dowództwem gnieźnieńskiej/.

Jak wiadomo 70 Pul walczył w składzie Armii Poznań.

Podczas zajmowania stanowisk bojowych pod m. Ceków nad naszym Batalionem przeleciały 3 samoloty niemieckie, które uprzednio w odległości ca. 2 km z kierunku Kalisza zaatakowały znajdujące się na szosie, przebiegającej w tym miejscu przez las oddziały Obrony Narodowej.

Samoloty te przeleciały na wysokości poniżej 100 metr i zostały polizane ogniem z broni maszynowej i polizane ich przelocie na tyłach naszej linii nastąpiła detonacja i wg. Informacji naszych oficerów była ona wynikiem zestrzelenia jednego z tych samolotów.

A zatem śmierć napastnikom. Radość z tego sukcesu ogromny w naszych szeregach.

Na tej pozycji pozostaliśmy do następnego dnia / 5 względnie 6 września/, po czym nastąpiło przemieszczenie pułku.

Droga marszu wiodła m.in. przez Władysławów, już zbombardowany, dalej Koło na nowe linie frontu.

W pewnym miejscu przy wychodzeniu z lasu czoło naszego Batalionu zostało ostrzelane przez dywersantów niemieckich ukrywających się w kartoflisku, przylegającym do lasu. Grupa ta została oczywiście bardzo szybko zlikwidowana.

Zaopatrzenie w żywność było dobre, więc i nastrój niezły, to tez i duch bojowy doskonały by bić wroga, tylko, że coś w przeciwnym maszerowaliśmy kierunku od granic kraju. Za bardzo w Polskę.

Ponieważ naloty niemieckich samolotów były coraz częstsze, które bombardowały wszystkie drogi oraz coraz liczniejszych uchodźców opuszczających tereny zajmowane przez wroga, tłok był coraz opuszczających nasze przemarsze odbywały się nocami, od zmierzchu do świtu.

Wreszcie około 10 września w godzinnych popołudniowych jednostki naszego Pułku weszły do akcji bojowej, forsując przy wsparciu artylerii polowej oraz ciężkiej rzekę Bzurę.

Do dzisiaj jeszcze w żywej pamięci pozostaje ten fakt, któremu w czasie posuwania się przez łąki towarzyszył fajerwerk kolorowych rakiet. Będących umownymi znakami dla poszczególnych oddziałów.

Kroczący żołnierze w miarę natrafiania trudniejszych do przebycia torfowisk donosili gałęzie, faszynę, siano, aby to wszystko słać pod koła ciągnionych końskich zaprzęgów i armat polowych.

Po przekroczeniu Bzury nastąpił bezpośredni kontakt bojowy, poczęto tez zdobywać pierwszych jeńców niemieckich. Natarcie posuwało się dalej do wieczora.

Trudno mi tu wskazywać nazwy mniejszych miejscowości, gdyż tablice z ich nazwami zostały już pousuwane.

W drugim dniu walk w czasie ubezpieczenia łączności kablowej /przewodowej/ od Batalionu do Dowództwa Pułku usłyszałem informacje D-ci Pułku o zabiciu ma lora Niedzielskiego, d-ci I Batalionu, który zginał przy likwidacji gniazda dywersantów niemieckich, dowodzonych przez pastora niemieckiego. Dywersanci ci ulokowali się na drzewach niedużego lasku.

Pułk znajdował się w bezpośredniej akcji 5 do 6 dni, a ja przez 36 godzin ubezpieczałem połączenie liniowe, które niejednokrotnie było przerywane ostrzałem artyleryjskim.

I tak np. Kiedy w następnym dniu nasze trzy taczanki z karabinami maszynowymi w momencie zbliżania się do skrzyżowania dróg w wiosce przyfrontowej zostały natychmiast obłożone obstrzałem artyleryjskim. Było to przy szkole, przy której przebiegała nasza linia telefoniczny do dowództwa Pułku.

Taczanki oczywiście w miejscu zawróciły tuz przy parkanie szkolnym. Ale parkan ten był w tym miejscu mocno obryzgany końska krwaw lewo od tego miejsca, lecz cofnięte nieco wstecz było stanowisko naszej artylerii. Punkt ten był zatem również pod obserwacja nieprzyjaciela, lecz dość dobrze zamaskowany.

Nadzorowana przeze mnie linia telefoniczna została oczywiście przy samej szkole przerwana. Miałem jedynie połączenie z połączenie tego miejsca znajdowałem się w odległości ca.100m, dość dobrze zabezpieczony zabudowaniami gospodarczymi.

Uszkodzenie to /zerwane kable/ udał mi się szybko naprawić.

Wkrótce doszła mnie od d-ci centrali łączności batalionowej wiadomość o śmierci żołnierskiej serdecznego Przyjaciela Franciszka Kryjoma, kaprala służby zawodowej, pełniącego obowiązki d-ci drużyny łączności I Batalionu. Stanowisko to zostało rozbite ostrzałem artyleryjskim nieprzyjaciela.

Z Franciszkiem Kryjomej odbywałem w 1933 r kurs łącznościowy w Kadrze 7 Batalionu Telegraficznego w Poznaniu.

Smutna ta wiadomość sprawiła mi duża przykrość, bo przyjaźń żołnierska wiąże zwykle na całe zżycie.

Po zdobyciu terenu i zmianie pozycji wypadło mi którejś nocy podprowadzić na linie frontu samodzielna kompanie c.o. sformowana na taczankach. Tego rodzaju zadania wymagały samodzielności w poruszaniu się w terenie, co mi bardzo odpowiadało.

Nad ranem niemiecka artyleria rozpoczęła huraganowy ogień na miejscowość postoju dowództwa batalionu, ale na szczęście ogień ten był zbyt krótki o dobre 300 metr.

Niestety przyszły dni zdobywania przewagi przez Niemców.

Krytycznym dniem dla całości Pułku był dzień 17 września 1939 r. W dniu tym w godzinach rannych, przy dużej mgle Pułk znalazł się pod huraganowym, skoncentrowanym ogniem artyleryjskim wojsk niemieckich.

W tym dniu nastąpiło formalne rozbicie i utrata zdolności operatywnej. Bardzo aktywne było również lotnictwo nieprzyjacielskie, które ostrzeliwało również pojedynczych żołnierzy, co również i mnie spotkało z jednym jarocinianie.

W godzinach popołudniowych dotarłem do płonącego Iłowa, pow. Sochaczew. A po nocy spędzonej w dość dużym zgrupowaniu taborów konnych należących do różnych jednostek dostałem się z licznymi rozbitkami do niewoli na skraju większych kompleksów leśnych, prawdopodobnie Kampinosu.

Było to 18 września 1939 rano, nota bene w pierwsza rocznice mego ślubu. Myśli biegły wiec teraz do Poznania, do ukochanej Zony, mającej na miesiąc urodzić pierwszego Wnuka w naszych rodzinach.

Tak więc rozpoczęła się teraz

III - N i e w o l a

Pierwsza noc jeniecka speszyłem z duża grupa współtowarzyszy na otwartym polu duża spotykam nieoczekiwanie Feliksa Stellera również mieszkańca Poznania, z którym znam się od 20 tu lat, jeszcze z okresu mej pracy w Obrzycku. Feliks powołany został do Centrum Artylerii w Toruniu, a zatem był uczestnikiem Armii Pomorze.

Potwierdza się powiedzenie, że góra z góra się nie spotka, gdy człowiek z człowiekiem zawsze spotkać się może.

Oczywiście spijmy na gołej ziemi, głodni, bez perspektywy otrzymania w najbliższych kilku godzinach jakiegokolwiek jedzenia.

A więc nie tylko, że kiszki marsza graj, ale tu jeszcze Niemcy nas pilnujący od czasu do czasu puszczają ze swoich cekaemów częste serie dla zastraszenia i za próbującymi ucieczki.

Następnego dnia poprowadzono nas w dużej obstawie dalej i pod wieczór całymi kolumnami zostaliśmy wciśnięci za ogrodzenie olbrzymiego sadu. Maszerowaliśmy siły dzień, coraz głodniejsi.

Wreszcie późnym już wieczorem Niemcy dowieźli w niewystarczającej flocie chleb wojskowy. Był miejscami mocno wojskowy. Był chlebem tym dzielono się możliwie równo.

Choć mocno już znużeni, przed ułożeniem się do snu, podobnie jak poprzedniego dnia na gołej ziemi, wszyscy jak jeden żołnierskim zwyczajem poczęliśmy śpiewać modlitwę wieczorna Pod Twoja Obronę.

Otaczające nas straże niemieckie i tutaj otworzyły jeszcze mocniejszy niż w Gabinie ogień z karabinów maszynowych, Nad nami przelatywały wiec pociski świetlne, ale pieśń ta została jakoś szczęśliwie zakończona.

Dzięki temu, że noce były jeszcze ciepłe i deszcze nie padały jakoś ta noc przespaliśmy dobrze.

Rano przy opuszczaniu tego ogrodu przed główna brama każdy wychodzący otrzymywał porcje sucharów, co miało stanowić menu na cały dzień marszowy.

Przy wydawaniu tych porcji pomagały nasze sanitariuszki P.C.K.

Spotykamy tutaj również p. Zofie Matysiak w mundurze sanitariuszki, a w cywilu ekspedientkę poznańskiego Wolborza, współpracowniczkę mej zony.

Dałem jej się poznać okrzykiem i po swoim dość wczesnym zwolnieniu powiadomiła zonę o naszym tak przypadkowym spotkaniu, no i o moim losie, że zżyje.

Z głodowa wprost racja żywnościowa, więcej niż głodni i bez możliwości wypicia choć kropli wody, olbrzymia kolumna rusza w długi, meczący marsz przez Kutno do łęczyccy.

W samym Kutnie wprowadzeni zostaliśmy w kłus przechodzący nawet w galop. Tym morderczym przemarszem chcieli Niemcy zapobiec ucieczkom, bowiem raz po raz ktoś ubywał z kolumny, uskakując do upatrzonych domów wzgl. boczne uliczki.

Uskokom takim towarzyszyły oczywiście wystrzały karabinowe otaczających nas Wachmanów, najczęściej starszych roczników.

Do łęczyccy przybyliśmy pod wieczór. Kolumna została rozbita na różne kwatery. Dostałem się do mocno nabitej 2-pietrowej szkoły. Pełne były również strychy. Dziedziniec szkolny na taka ciżbę był stosunkowo zamarły.

Na poddaszu stojącego z boku domu dozorcy urządzili Niemcy stanowiska pilnujących nas Wachmanów. Stad mieli wyborowe pole ostrzału całego dziedzińca szkolnego.

Pobyt nasz trwał tutaj 5 dni. Z gotowaniem strawy nie bardzo się trudzono. Bardzo wygodne Menu stanowiły śledzie solone prosto z beczki. Atali tej wałówy po 6 sztuk. To też po takiej porcji pragnienie sprawiało prawdziwe męczarnie. Brakowało wody. Czego naprawdę w tych dniach zżyliśmy trudno mi już dziś powiedzieć.

Niemcy stawali się coraz bardziej złośliwi, to tez łatwo można było się narazić na poczęstunek kolba.

Po pięciu dniach następuje załadunek do wagonów kolejowych /towarowych/ i jazda w nieznane Ś.

Jazda kończy się w Pabianicach.

Dokwaterowani zostajemy w Zakładach Kindlera. Dostaje się do opróżnionej z maszyn hali fabrycznej, w której znajduje się dwa tysiące chłopa, a w całych Zakładach ponad 12 tys. Współtowarzyszy z różnych jednostek bojowych Armii Poznań.

W przylegającej hali spotykam Stasia Klerka z Tomiczek, pow. Nowy Tomyśl, również łącznościowca, współtowarzysza jeszcze z mniszej służby czynnej, odbywanej wspólnie w 58 P.P.

Obecnie Staś Kolorek zamieszkuje w Poznaniu i pracuje w M.P.K, jako tramwajarz.

Zakłady Kindlera przylegają do boiska Sokoła, na teren którego usiłowaliśmy się nieraz przedostać.

Tutaj przyszło nam spędzić dobry miesiąc czasu, bo do 28 miesiąc się wiec jako takie zżycie obozowe.

Podzielono wiec nas na grupy z własnymi grupowymi, do obowiązków których należały również spray aprowizacyjne, jak podział chleba, czy pobieranie obiadów.

Ponadto każdy we własnym zakresie zdobywał dodatkowa zacność, np. ziemniaki z wozów dostarczanych do kuchni wzgl. Kości końskich wyrzucanych przez kucharzy.

Na palcaci pojawiać się zaczęły polowe kuchenki z cegieł, na których gotowano omowe już wygotowane zdobyczne kości końskie oraz ziemniaki. Od czasu do czasu udało się komuś zdobyć, a nieraz zahandlować jakieś mięso, nie bardzo podobne nawet do cielęciny. Co spostrzegawczy zauważyli znikanie od czasu do czasu czworonożnych przyjaciół, gdyż tych w początkowym okresie nie brakowało, albowiem niejeden uczestnik obozu był Panem przyjaciela pieska.

Cały obóz zorganizował sobie w nieprzepisowy sposób swój tryb zacierano i po zmierzchu odbywała się modlitwa żołnierską później, wieczorem Giełda, czyli handlowanie czym się dało i co kto miał.

A po Giełdzie śpiewy piosenek śpiewy powodzenie miały również dumki rosyjskie czy ukraińskie spiekane przez brać żołnierska ze wschodnich kresów naszej ojczyzny na cztery głosy. Płynęła wiec: Wołga, Wołga, czy też Za Niemnem, za Niemnem, miły mój bracie, aż a z drugiej stron G162ralu czy ci nie za albo O mój Rozmarynie

Bodaj w pierwsza niedziele października zostaliśmy zgromadzeni na placu poza fabrycznym w celu wysłuchania nabożeństwa katolickiego. Czyli Mszy Swa. Oraz kazania, wygłoszonego w jeżyku polskim i niemieckim.

Jakkolwiek do odprawianej Mszy Swa. Nie mieliśmy zasadniczych zastrzeżeń, jako że odprawiana była w naszym jeżyku tzn. po łacinie, to do wygłoszone kazanie przyjęte zostało z pobłażaniem.

Nie przemawiały do nas napomnienia kaznodziei o nowym porządku rzeczy i obowiązku posłuszeństwa wobec nowej władzy, ustanowionej z woli Farmera. Boć to teraz dopiero zapanuje porządek, ład, spokój i spokój też bardzo, czy kaznodzieja sam w to wierzy, co nam do wierzenia podaje. Było to widać po rozweselonych twarzach.

Czasu mieliśmy tutaj bardzo dużo, aż do znudzenia. To też chodziliśmy z hali do hali, z kata w kat, po wszystkich zakamarkach.

Cysto zaglądałem wiec do archiwum Zakładów, gdzie nikt nie przeszkadzał wertować a aktach firmy, pochodzących jeszcze z lat 1890 tych.

Interesowały mnie wiec księgi zarobków tygodniowych, poszczególnych pracowników, wyrażające się kilkoma rublami i kopiejkami.

Wszak tutaj zżyli kiedyś poddani Cara

Dużo interesującej lektura znaleźć też było można w prawie polskiej b. zaboru rosyjskiego, a w szczególności w listach Henryka Sienkiewicza z jego podróży do Ameryki.

Niemcy zorganizowali Izbę Chorych, w której pod nadzorem lekarza-Niemca, urzędowali nasi lekarze-jeńcy, mający do pomocy naszych sanitariuszy. Korzystanie z pomocy lekarskiej odbywało się w sposób zorganizowany, na wzór wojskowy tj. Przez meldowanie się u grupowego i doprowadzenie chorych do Izby Chorych.

Z czasem, gdy pobyt nasz się przedłużał, lalkarze nasi zaczęli zadać masowego zgłaszania się do Izby Chorych pod każdym każdym o to by na Niemcach wywrzeć jakiś wpływ, aby zdecydowali się na rozwiązanie tymczasowości tego skupiska jeńców.

Coś w drugiej dekadzie października ruszyło nieśmiałe zwalnianie małych grup do domów, na indywidualne podania.

Złożyłem również takie podanie.

Na jednej ze zbiórek padały nazwiska tych co mieli być zwolnieni. Kiedy padło moje nazwisko i imię, zgłosiło się dwóch kandydatów do domu, ja i drugi mój imiennik, pochodzący okolic Ostrowa Wlkp., starszy ode mnie coś o 6 roczników. Okazało się, że zwalniają starsze roczniki.

Ponieważ, nie mieliśmy możności wysyłania wiadomości do domu, skreślony list do zony podałem okazyjnie przez płot pracownikowi Zakładów, zatrudnionemu w części frontowej Fabryki. List ten zaadresowałem do ZUS w łodzi na ręce ręce Swiatkowskiego poprzednio zatrudnionego w Poznańskim ZUS-ie i o dziwo list ten w krótkim czasie poczta urzędowa dotarł do Poznania, gdzie przez nieżyjącego już kolegę Edmunda Dukaczewskiego został doręczony mej zonie.

W tym czasie w kraju naszym poczta ludowa doręczana była bardzo duża ilość podobnych informacji, jako że okupant nie zorganizował jeszcze normalnej poczty na terenach zdobycznych.

W między czasie zaistniała jeszcze jedna okazja rychłego powrotu do domu. Otóż pewnego dnia poszły wieści, że ruszy zwalnianie na większe skale.

Kiedy wiec zaczęto formować pierwsza grupę 200, udało mi się jakoś ulokować w tej grupie specjalnej.

Wkrótce grupa ta opuściła Fabrykę Kindlera, by udać się do szkoły, bodajże gmachu gimnazjum, znajdującego się przy głównej ulicy Pabianic.

W czasie tego przekwaterowania spotykamy w przeciwnym kierunku maszerująca grupę naszych Oficerów. Nas było 200-tu, a oficerów natomiast około 500-set. W grupie oficerskiej rozpoznaje kroczącego w pierwszej czwórce kroczącego ze Sztabu 17 Dywizji Piechoty z Gniezna, w skład której od 5 września wchodził również mój 70 P.P.

W momencie zbliżania się obydwu grup, w naszej grupie padła komenda: Baczność, na lewo patrz Przybiliśmy kroku, ile sił w nogach. To samo czynią Oficerowie, by w ten sposób oddać sobie nawzajem poraź ostatni w kampanii wrześniowej honory wojskowe.

Jakaś przedziwna radość zapanowała na naszych twarzach i w naszych sercach. To samo dało się zauważyć wśród kadry oficerskiej. Fakt ten długo komentowaliśmy jako jeszcze jeden rys świadczący o godnej postawie żołnierza polskiego i szacunku dla kadry oficerskiej, która wytrwała do końca ostatniego boju.

Nadzieja na szybkie zwolnienie spełzła na niczym, bo na terenie szkoły pobyliśmy zaledwie tylko jedna noc.

Po wejściu na teren szkoły zajęliśmy miejsca w hali gimnastycznej, przygotowanej na noclegi.

Tutaj znajdowała się już pewna grupa naszych żołnierzy, ale niestety przyznających się do pochodzenia niemieckiego, czyli się Deutsche


10 / 12
menu MENU
projektowanie stron internetowych Flash